Gnatowscy

polsko - anglielska historia jednego pokolenia

w Tygodnik Ciechanowski 31 grudnia 2002 r., przez Ryszard Marut
 
Hilda, Stephen and Sylwester 1946

Zaczęło się od listu (e-maila) do redakcji:

...My father was Sylwester Gnatowski, he was born in Zawady, powiat Ciechanow, on October 4th 1905. His parents were Bronislaw Gnatowski and Antonina (Morawska) Gnatowska...

My father was sent to Siberia during WW2 and so was his mother, she died there, he came to UK in 1942 and served in the Polish Air Force/Royal Air Force. He died in 1984 and I do not have enough information about my personal background. Any help would be appreciated.

Andrew Armstrong, England

Z odnalezieniem Gnatowskich nie miałem większych problemów. (Andrzej Armstrong z Anglii otrzymał szybką odpowiedź i nawiązał kontakt z rodziną). Ale gdy przyszło mi dla czytelników "TC" składac historię jednego tylko pokolenia Gnatowskich, pokolenia wojennego, zbierać ją z okruchów wspomnień i przekazów rodzinnych: z Zawad k. Gołymina, z Ciechanowa, Olsztyna i Anglii, odtwarzać fakty z nielicznych dokumentów i odgadywać daty na starych fotografiach - sprawa nie była już taka łatwa. Co rusz pojawiały się białe plamy. Naszą historię zacznijmy więc od momentu...

...Jak Gnatowscy wyruszali na wojnę

Bylo czterech braci Gnatowskich: Józef, Sylwester, Marian i Stefan. Wszyscy mieszkali we wsi Zawady Dworskie w Ciechanowskiem. Od najmłodszych lat pomagali ojcu w gospodarstwie. Kiedy ojciec zmarł, synowie, mimo że osiągnęli już wiek dojrzały, jakoś nie kwapili się do opuszczania rodzinnego gniazda. Gospodarowali wspólnie na sporym kawałku ziemi. Ziemia w Zawadach nie należała do najgorszych, gospodarstwo było też dobrze prowadzone, można się było jakoś utrzymać. Tym bardziej że o pracę w okolicy było trudno.

Pierwszy ożenił się najstarszy Józef (rocznik 1900) i sprowadził żonę do Zawad. Na świat zaczęły przychodzić dzieci. Wkrótce młodszy brat Sylwester (rocznik 1905), który jako jedyny wykształcił się na leśnika, otrzymał posadę w leśniczówce pod Sokółką. Tuż przed samą wojną zabrał tam matkę, która mimo podeszłego wieku prowadziła mu dom.

Tymczasem zbliżał się wrzesień 1939 r...

Do Gnatowskich zaczęły przychodzić wezwania do wojska. Najpierw wzięli Józefa, który mimo niemłodego już wieku wciąż posiadał kartę mobilizacyjnią. W 1920 r. w czasie wojny polsko-sowieckiej służył w 1 pułku szwoleżerów w Warszawie. Teraz wcielono go do 1 pułku łączności. Zaraz po nim na front poszedł Marian (rocznik 1908). Miejsce mobilizacji - Twierdza Modlin. Stefanowi (rocznik 1911) nakazano stawić się do 13 pułku piechoty w Pułtusku.

brothers

Sylwester changed his ranger uniform to that of a soldier.

Nagle w Zawadach, w których dotąd nie brakowało męskiej siły, została tylko Walentyna, żona Józefa, z piątką drobiazgu. Najstarszy Bronek miał 7 lat, najmłodszy Jaś - 5 miesięcy.

Przez ponad miesiąc do Zawad nie docierały żadne wieści o wojaczce braci. Aż tu na początku października zjawił się Marian, a w kilka dni później Stefan. "Bez broni, bez orła na czapce..." obaj uciekli z niemieckiej niewoli, chociaż każdy z innego konwoju i w inny sposób. Bracia szybko zapomnieli o wrześniowej wojaczce i tułaczce i zabrali się do pracy na roli. Gęb do wyżywienia było wiele. Wszyscy też czekali na powrót głównego gospodarza - Józefa.

Tymczasem o najstarszym bracie słuch zaginął. Nie było też wieści z Sokółki, co stało się z Sylwestrem i matką.

Na nieludzkiej ziemi

Sylwester Ahwaz 1942, very gaunt after Siberia

Gnatowska pierwszą wiadomość od męża otrzymała pod koniec 1939 roku. Józef pisał z Rosji, gdzieś spod Równego. Na "odkrytce" nie było jednak wiele szczegółów. "Jestem zdrowy, pracuję, mam co jeść...". Tyle, ile pozwalała sowiecka cenzura. Okazało się że starszy saper Józef miał mniej szczęścia od swoich młodszych braci. Walczył ze swoim pułkiem nad Narwią w okolicach Łomży. Uciekając przed naporem Wehrmachtu, wpadli w ręce Armii Czerwonej. Był rozkaz "Z Ruskimi nie walczymy", to złożyli broń wierząc, że pozwolą im wrócić do domu. Srodze się przeliczyli. Sowieci oddzielili od kolumny jeńców oficerów, a zwykłych żołnierzy pogonili do kołchozów w okolice Równego. Mieszkali w prymitywnych barakach, pracowali od rana do nocy przy budowie dróg, rozbijali kamienie. Kto nie wykonał normy, nie dostawał jedzenia. Ale o tym rodzina w Zawadach nie wiedziała, bo następne kartki były w podobnym tonie: "U mnie wszystko dobrze..." I tak było aż do czerwca 1941 roku, do wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej. Cały obóz pracy ewakuowano na wschód, uciekali przed jednymi okupantami, u drugich będąc za niewolników. Oparli się daleko na wschodzie. "Zakwaterowano" ich w rakimś kołchozie. Miejscowych mężczyzn powołano na front, Polacy mieli za nich pracować w polu. Przyszła wczesna zima, na polach zbierali słonecznik i kukurydzę. Złe warunki i brak podstawowej higieny dziesiątkowały jeńców. Józef przeżył. Był silny, przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Jesienią rozeszła się wieść - powstaje wojsko polskie w ZSRR!

Wiele setek kilometrów dalej na wschód od Równego znalazł się Sylwester. Niestety nie wiemy, gdzie zakończyła się jego wrześniowa walka, ale wiemy, że wraz z 73-letnią matką podzielił los wielu osadników i urzędników państwowych z kresów. Jako element wrogi przedstawiciele "burżuazyjnej" Polski zostali wywiezieni na wschód. Wielotygodniowa trasa podróży wiodła aż pod Irkuck. Tam, jak tysiące innych zesłańców, musieli sami zadbać o utrzymanie, zdobywać pożywienie. Na miejscu matka nie wytrzymała warunków. Zmarła prawdopodobnie w 1940 r. i znalazła miejsce wiecznego spoczynku na nieludzkiej ziemi. Nie wiadomo, czy syn był wtedy z nią, ale w rodzinie została jej karta identyfikacyjna przywieziona przez Sylwestra, a wydana przez władze sowieckie. Pod Irkuckiem Sylwestra przydzielono do wyrębu drewna. Mieszkali w szałasach, w których rano budzili się z oszronionymi włosami. Towarzysze pracy marli z głodu, chorób i niewyleczonych ran. W 1941 roku wraz z generałem Andersem przyszło wybawienie...

Spotkanie w Palestynie

Józef zgłosił się do tworzonej w ZSRR Armii Polskiej już we wrześniu. Skończył się koszmar przymusowej pracy, niewolniczego traktowania. Wrócił do wojska. Znów polski mundur, polskie komendy i nadzieja na powrót do kraju. Chociaż w dalszym ciągu chłodno i głodno.

Jozef

Sylwester z irkuckiej tajgi dotarł na miejsce zbiórki polskiej armii później. Część trasy przez Kazachstan trzeba było przemierzyć pieszo. Ale on też w końcu z ulgą zamienił łachmany drwala na mundur wojskowy.

W lecie 1942 roku obaj bracia (choć każdy osobno) znaleźli się na Bliskim Wschodzie. Tam wpadło na siebie przypadkowo dwóch Gnatowskich w mundurach. Jak wyglądało to spotkanie, możemy tylko sobie wyobrazić...

Trudno odtworzyć dziś szczegółowo dalsze losy Józefa i Sylwestra w Armii Polskiej na Zachodzie. Józef przeszedł cały szlak bojowy z Andersem, wiemy to z suchych informacji w książeczce wojskowej, która szczęśliwie się zachowała, a także z licznych odznaczeń wojennych, które skrzętnie przechowuje córka Urszula.

Sylwester służył w siłach powietrznych, w obsłudze naziemnej, najpierw w polskich formacjach, a potem angielskich. Bracia prawdopodobnie utrzymywali kontakt (ze zrozumiałych względów nie było natomiast żadnej wymiany listów z rodziną w Zawadach), obaj też walczyli pod Monte Cassino. Józef kończył szlak bojowy we Włoszch, Sylwester w Belgii. Potem był transport całej polskiej armii do Anglii. I trudny wybór...

Wracać, czy zostać?

Przed takim dylematem stały tysiące Polaków, którzy jako żołnierze opuścili kraj po klęsce wrześniowej, przeżyli los zesłańców, czy też jako tułacze-uciekinierzy szukali przystani we Francji i Anglii. Wszystkich niczym matka przygarnęła Armia Polska na Zachodzie. Ale teraz wojna się skończyła i trzeba było samemu organizować sobie życie.

Sylwester poznał piękną Angielkę Hildę i nie myślał na razie o wyjeździe. Już w maju 1945 roku wzięli ślub. Gnatowski przyjął nazwisko żony - Armstrong i zaczął budować swoje życie na obczyźnie. Aż do lutego 1949 r. służył w RAF-ie. W tym czasie też na świat przyszło dwóch synów - w 1946 r. Stephen i w 1948 r. Andrew (właśnie ten od e-maila). Po przejściu do cywila przez pewien czas pracował w fabryce części samochodowych, a w 1953 r. Armstrongowie kupili małą farmę w północno-zachodniej Anglii koło Blackpool.

Józef od początku wiedział, że jego miejsce jest przy żonie i dzieciach, w Zawadach. Ale w Anglii czekał, jak tysiące innych Polaków, na rozwój wydarzeń. Nie wiedzieli, co ich spotka w kraju. Propaganda w obozach żołnierskich była różna. Jedni namawiali do powrotu, inni straszyli sowieckim reżimem. Szwagierka Hilda podjęła się "dyplomatycznej" misji zawiadomienia rodziny w Zawadach, że Józef żyje i myśli o powrocie. W zdawkowych listach, które przychodziły do Zawad, przedstawiała się jako... daleka kuzynka. Wszystkie te wiadomości przyjmowane były przez żonę i małe dzieci wybuchami wielkiej radości.

Ale kiedy Józef Gnatowski pojawił sie w Zawadach 1 maja 1947 roku, cała piątka dzieci zamiast rzucić się ojcu na szyję, chowała się za spódnicą matki.

Córka Urszula wspomina:

- Gdy zobaczyłam jakiegoś wojskowego w "pierożku" na głowie i wiatrówce, z elegancką walizką, za nic nie chciałam podejść i przywitać się z odzyskanym tatą, którego prawie nie pamiętałam. Kiedy szedł na wojnę, miałam 4 latka, kiedy wrócił - 11.

Przez dwa lata, do 1947 roku, gospodarkę w Zawadach utrzymywał głównie Marian (w czasie wojny pomagał też Stefan). Po powrocie Józefa poczuł się zwolniony z obowiązku wobec rodziny brata i wyjechał na Ziemie Odzyskane. Tam założył swoją rodzinę. Stefan jeszcze w czasie wojny upatrzył sobie żonę w sąsiedniej wsi, ale ożenił się po wyzwoleniu. Swojego miejsca szukał poza rodzinną wsią, najpierw na poniemieckim gospodarstwie pod Kołobrzegiem. Tu został nawet sołtysem, ale kiedy władze kazały mu organizować spółdzielnię produkcyjną, uciekł co prędzej i osiadł pod Olsztynem.

Józef w Zawadach, Sylwester w Anglii

Józef wziął się od razu za gospodarstwo. Głęboko schował swój angielski mundar, medale i odznaczenia zakopał w słoiku w ogrodzie. "Goście" z UB często wpadali do Zawad, szperali po kątach, każdą ruszającą się deskę w domu próbowali podważać. Szukali śladów antysocjalistycznej działalności. No bo taki Gnatowski, który sam był w Anglii i ma tam jeszcze brata, na pewno musi być szpiegiem. A jeszcze sam jest kułakiem...

Gnatowski wywiązywał się przykładnie ze wszystkich podatków i obowiązkowych opłat. Ale córka Urszula (z męża Chylińska), która dorastała w Zawadach w 50. latach wspomina, że ojciec o swojej przeszłości nikomu nie rozpowiadał. A ona sama jako córka kułaka, niepewnego politycznie, doznawała też różnych przykrości.

- Kiedy w Ciechanowie chodziłam do szkoły średniej, nie miałam szans na mieszkanie w internacie. Dzień przed zdawaniem matury w 1953 r. do klasy przyszedł dyrektor i publiczne wyczytał moje i jeszcze jednej koleżanki nazwisko. Jako córki kułaków musiałyśmy natychmiast dostarczyć z gminy zaświadczenia, że nasi rodzice nie zalegają z podatkami. Inaczej nie dopuszczono by nas do matury.

Ojciec medale odkopał dopiero w latach 70. Wtedy też przystąpił do ZBoWiD-u, ale nigdy nie afiszował się swoim kombatanctwem. W 1978 roku poproszono go do domu kultury w Ciechanowie i wręczono Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Józef nie miał już wtedy swojego angielskiego munduru.

Sylwester milczał przez długie lata. Odezwał się dopiero w 1971 roku, kiedy w Polsce gierkowskiej nieco zelżało. Zapowiedział przyjazd do Zawad. Miał przyjechać z żoną, ale Hilda zachorowała i przyjechał sam.

Pobył kilka dni w Zawadach, odwiedził pozostałą rodzinę. Zdziwił się, że w Polsce żyje się tak... dostatnio. Pani Urszula wizyty stryja Anglika nie pamięta dokładnie, bo mieszkała już w Ciechanowie. Przypomina sobie, że koszule, które przywiózł z sobą, miały... nicowane kołnierzyki. To mogło świadczyć, że w Anglii Sylwester nie dorobił się wielkich pieniędzy, albo nie chciał swoim bogactwem świecić po oczach bratu w Zawadach. Ale zdaje się, że Sylwester "odpalił" coś Józefowi na zakup nowego ciągnika. Zresztą bracia mieli jakieś finansowe rozliczenia, bo Józef, wracając w 1947 roku, na wszelki wypadek zostawił swój wojenny dorobek u brata.

Z tej wizyty zostały tylko zdjęcia angielskiej rodziny - Hildy i dwóch młodych Armstrongów.

Gnatowscy w Zawadach odnieśli wrażenie, że Sylwester całkowicie poddał się żonie i jej rodzinie. Za wszelką cenę chciał się tam zasymilować. Synów nie nauczył ani słowa po polsku.

Po powrocie kontakt pomiędzy Gnatowskimi a Armstrongami urwał się całkowicie. Hilda zmarła w 1979 r., Sylwester w 1984. Do końca mieszkał na swojej farmie pod Blackpool.

Józef w Zawadach dożył sędziwego wieku 89 lat. Córka twierdzi, że gdyby nie wypadek i złamanie biodra pożyłby jeszcze z powodzeniem kilka lat. Żona Walentyna przeżyła go jeszcze 7 lat. Zmarła w Zawadach w 1996 r. w wieku 92 lat. Nie żyją już Stefan i Marian.

Dopiero w listopadzie 2002 r. Andrew Armstrong vel Gnatowski zaczal szukac swoich polskih korzeni...